Strona:Karol May - Niewolnice II.djvu/120

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Ponieważ wielbłądy nasze były spętane, wystarczył jeden tylko człowiek do ich strzeżenia. Reszta poszła ze mną.
— Podoba mi się twój plan, effendi, — zauważył przewodnik, gdyśmy ruszyli z miejsca. — Ja osobiście jestem nawet rad, że nie będziemy strzelać, bo nie jestem wcale pewny swej flinty wizyjnej, natomiast draby dobrze popamiętają jej kolbę!
Dotarliśmy szczęśliwie na upatrzone przeze mnie miejsce. Nic się tu wcale nie zmieniło. Nim każdemu ze swoich ludzi osobno wskazałem, gdzie się ma rzucić, upłynęła spora chwila. Następnie stanąłem na miejscu wolnem od krzaków, skąd poprzednio patrzyłem. Moi towarzysze, skradając się ostrożnie, nie spuszczali z oczu wskazanych im ofiar. Przekonawszy się, że każdy z nich gotów jest do skoku, jak zaczajony zwierz, rzuciłem się potężnym susem przez zarośla, skręciłem nagle na prawo.. dwa uderzenia kolby, a fakir i szpieg leżeli u mych stóp.
Poza mną tymczasem zawrzała w krzakach prawdziwa burza. To moi żołnierze rzucili się w bój Nie miałem czasu nawet popatrzyć, jak się sprawią, bo spostrzegłem tuż przede mną czterech drabów, którzy tak byli przerażeni mojem nagłem pojawieniem się, że wyglądali jak martwi. Zajechałem kolbą jednego, potem drugiego, trzeciego... Czwarty chciał czmychnąć,

118