Strona:Karol May - Niewolnice II.djvu/111

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


nie sprzeciwiał się dalej, wiedząc że byłoby to bezskuteczne.
Jechaliśmy z początku ku południowemu wschodowi; w dwie godziny później skręciliśmy ku południowi. Przewodnik zauważył nagle że ten łuk zaprowadzi nas prosto do lasu. Wkrótce ujrzeliśmy na horyzoncie ciemny pas leżący na prawo od nas. Jechaliśmy więc tak szybko że objechaliśmy prawie połowę lasu. Ponieważ mieliśmy do zachodu jeszcze dość czasu, przyszło mi na myśl, żeby nieprzyjaciół podejść od tyłu a nie z boku. W tym celu skręciliśmy znowu na lewo i jechaliśmy tak długo w tym kierunku, dopóki pas lasu nie znalazł się na wschód od nas. Tu natrafiliśmy też, czego spodziewałem się zresztą, na szeroki pas ciągnący się ze wschodu do lasu. Trawa była podeptana, choć źdźbła już się podnosiły, zgięte ich końce odbijały się silnie od reszty chali. To był wspólny trop naszych wrogów, po którym poznałem, że przeszli tędy dziś wczesnym rankiem. Rozłożyli się zatem obozem w lesie wysłali szpiegów na nasze spotkanie.
Skręciliśmy, oczywiście, w tym samym kierunku i dostaliśmy się do lasu w miejscu tak przerzedzonem że mogłaby nim przejechać większa gromada od naszej. Teraz należało rozwinąć jak największą ostrożność. Zsiadłem z wielbłąda i szedłem pieszo naprzód, a przewodn k, który wziął mego wielbłąda za uzdę, Jechał

109