Strona:Karol May - Niewolnice II.djvu/112

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


z żołnierzami nieco wtyle. Określił, że źródło leży mniej więcej w środku lasu, więc przypuszczałem, że szukani przez nas ludzie będą się znajdowali wpobliżu tego źródła.
Las w tem miejscu, którędy przejeżdżaliśmy, składał się z wysokich kasyj i mimoz. Musiałem poszukać kryjówki dla wielbłądów. Skręciłem zatem wbok, gdzie pod drzewami rosły gęste krzewy. Składały się przeważnie z balsamodendronu, z kolczastych baulunji, pnących się po pniach i konarach i zwieszających się we wspaniałych festonach, okrytych kwiatami. Za tymi gęsto splątanymi krzakami nie mógł nas nikt zobaczyć. Towarzysze pozsiadali z wielbłądów, ażeby zaczekać na mój powrót, gdyż postanowiłem wyjść na zwiady.
Wierny Ben Nil chciał mi towarzyszyć, lecz odmówiłem mu, zarówno jak przewodnikowi, który chciał także iść ze mną i rzekł:
— Ty nie znasz lasu i drogi do źródła, effendi; muszę cię zaprowadzić!
— Nie troszcz się o mnie! Wiem, co czynię Zresztą, mylisz się, nieprzyjaciele nie obozują nad wodą.
— A gdzieżby indziej?
= Gdziekolwiek, tylko nie tam. Przedtem znajdowali się tam na pewno, lecz po powrocie straży musieli chyba opuścić to miejsce.
= Dlaczegóż?
— Przypuszczają pewnie, że przyjdziemy

110