Strona:Karol May - Niewolnice II.djvu/109

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Ruszyliśmy dalej, i to tak szybko, jak tylko wielbłądy pędzić zdołały. Po jakimś czasie spostrzegliśmy nowy trop, potem drugi, trzeci i czwarty Wszystkie ślady biegły mniej więcej w kierunku południowo wschodnim ku lasowi.
Nie zsiadając, widziałem że każdy trop miał odciski trzech wielbłądów.
— Czyżby to były same forpoczty? — pytał przewodnik, który znów jechał obok mnie.
— Oczywiście — odrzekłem. — Widzisz że miałem słuszność. Przypuśćmy, że linja tropu dżelabiego leżała w samym środku linji forpoczt, to wynika z tego suma jedenastu forpoczt po trzech ludzi, co czyni trzydziestu trzech ludzi. A wielu mogło zostać tam w lesie? Można przypuścić, że zastaniemy tam przynajmiej podwójną liczbę, a więc sześćdziesięciu przeciwników.
— W takim razie musimy przygotować 3ię na srogą walkę.
— Na żadną; będziemy tacy rozumni, że nie zostawimy im ani chwilki czasu na obronę.
— Czy masz na myśli otoczych ich i wystrzelać zanim zdołają użyć broni?
— Prawdopodobnie otoczymy ich, lecz nie będziemy zabijać. Nie chcę przelewać krwi. Wogóle nie wolno nam zaatakować wcześniej, zanim zdołami im udowodnić, że na nas godzili.

107