Strona:Karol May - Niewolnice II.djvu/108

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


znalazł, i pojechał owym potrójnym tropem, by i dowódcy o tem oznajmić. Natomiast dwaj ostatni pojechali: jeden na północ, a drugi na południe, by pościągać do lasu wszystkie inne straże. Przypatrzcie się temu miejscu ze stratowaną trawą. Oni muszą sobie chyba myśleć, że jesteśmy ślepi albo głupi! Jeśli tu znajdował się posterunek z trzech ludzi, to należy się spodziewać, że i inne posterunki były równie silne.
Po jakimś czasie natknęliśmy się znowu na ślad posterunku o tej samej liczbie ludzi.
— Ponieważ właściwa gromada wojowników jest zawsze liczniejsza od forpoczt, to — wyjaśniałem dalej naszym towarzyszom — możemy sądzić jej teraz o liczbie ludzi, z którymi będziemi mieli do czynienia. Nieprzyjaciel nasz jest wprawdzie nieostrożny, ale bardzo liczny. Z tego powodu poskromię własne życzenia, a was zapytam o zdanie. Czy wolicie wszcząć walkę, czy też zejdziemy mu z drogi, co jest bardzo łatwem wobec tego, że zgromadził się na jednem miejscu.
— Walczyć, walczyć! — brzmiała powszechna odpowiedź.
— Dobrze, więc zjedźmy na lewo, ażeby od północy dostać sie do lasu, podczas gdy oni spodziewać się nas będą od zachodu. Ponieważ mamy przed sobą znaczne okrążenia, musimy jechać szybciej, niż dotychczas.

106