Strona:Karol May - Niewolnice II.djvu/105

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


nie i, gdybyśmy wyruszyli zaraz, dostaniemy się przed zachodem słońca do lasu kasjowego.
— W takim razie zapewniam, że ci ludzie będą siedzieli w tym lesie.
Spojrzał na mnie zdumiony, potrząsnął głową i powiedział:
— Twierdzisz to tak na pewno?
— Zaiste, i zobaczysz, że się nie mylę. Pojedziemy najpierw śladem wrzekomego dżalabiego, dopóki nie dostaniemy się do linji straży, a potem...
— Jak poznasz, że znajdujemy się przy niej? — przerwał mi.
— Już ja ci to pokażę. Potem, wbrew ich obliczeniu, zatoczymy łuk, ażeby z innej zupełnie strony dojść do lasu. I kiedy oni wyglądać nss będą z zachodu, wpadniemy na ich z tyłu od wschodu. Przedtem jednak muszę zorjentować się we wszystkiem, przynajmniej powierzchownie. Jaki wielki ten las kasjowy?
— Tak szeroki, jak długi, a trzeba z godzinę jechać, ażeby dostać się na drugą stronę.
— Czy drzewa są wysokie?
— Czasem bardzo wysokie.
— Czy jest podszyty?
— Miejscami gęsto. Jest tam studnia, dająca dużo wody i odżywiająca liczne krzaki i wijące się rośliny.
— Czy można przejechać na wielbłądach?

103