Strona:Karol May - Niewolnice II.djvu/106

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Tak, jeśli szuka się rzadziej zarosłych, otwartych miejsc.
— A więc narazie wiem dość, i możemy wyruszyć.
— Czy nie lepiej pojechać na zachód za tym kupcem i dowiedzieć się, czy rzeczywiście zawrócił?
— To zbyteczne. Jestem pewien, że to uczyni, i niebawem natrafimy na jego ślad.
Ponieważ dżelabi jechał prędko, zniknął nam dawno z oczu. Osiodłaliśmy wielbłądy, wsiedliśmy na nie i ruszyliśmy ku wschodowi, ja z przewodnikiem na czele, a rzołnierze za nami w zwykłym karawanowym porządku, jeden za drugim. Siedząc w naszem pobliżu, słyszeli wszystko. Teraz byli ciekawi, czy moje przypuszczenia są słuszne, i, gdyby tak było, płonęli żądzą zrobienia użytku ze swoich strzelb.
Opuściliśmy studnię po tropie, który dżelabi zostawił, jadąc do nas. Po upływie pół godziny zobaczyliśmy drugi trop, ciągnący się od prawej strony i łączący się z pierwszym. Zsiadłem, ażeby go zbadać. Przewodnik przyłączył się do mnie z ciekawości. Przypatrywałem się śladom, a wyprostowawszy się, rzekłem:
— To był dżelabi, całkiem tak, jak przypuszczałem.
— Jak możesz to twierdzić, effendi? Przecież mógł to być i ktoś inny.

104