Strona:Karol May - Jaszczurka.djvu/57

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została skorygowana.

    sposób mogła mnie nęcić iskierka nadziei, aż nagle usłyszał wszystko odrazu, bez zbytnich nalegań i dochodzeń.
    — Słyszeliście? — zwrócił się do swoich ludzi — przyznał się, że jest obcym effendim... Mamy go więc w swych rękach. Allahowi najwyższemu niech będzie cześć i chwała!
    Chwila ta dała sposobność Ben Nilowi do wypowiedzenia szeptem:
    — Cóżeś zrobił dobrego, effendi, wszystko przepadło, zginiemy z wszelka pewnością.
    — Nie trać odwagi i pozostaw resztę mnie, już ja zdołam się wymotać! — odrzekłem uspokajająco.
    Ludzie poczęli teraz cisnąć się do nas, by nam się bliżej przypatrzyć, a Ibn Asl stanął znowu tuż nade mną i syczał, zgrzytając zębami:
    — Jesteś, effendi, zuchwały w wysokim stopniu, ale nie miałeś zapewne pojęcia, co znaczy dostać się w moje ręce.
    — E, nie jest tak źle! Przeżyłem gorsze już rzeczy. Gdyby nie przypadek, nie byłbyś się wcale dowiedział, kim jestem. Masz więc czem się szczycić, i czy naprawdę zawdzięczasz to własnym zdolnościom, że znajduję się w twej mocy?
    — Robaku marny! Śmiesz mi urągać jaszcze! — krzyknął zły do ostateczności i kop-

    55