Strona:Karol May - Jaszczurka.djvu/55

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

beczkami! Ciekaw jestem, z jakiego powodu mogłyby mnie zajmować...
— Dla uratowania reisa effendiny! Przyznaj się, no, przyznaj się, bo cię zetrę na miazgę, na proch!
Podniósł nogę w zamiarze kopnięcia mnie w samą twarz. Być wystawionym na tego rodzaju obelgę, i to wobec tylu ludzi, nie należało do zbyt wielkiej przyjemności, Leżałem związany, bezsilny, zdany na łaskę i niełaskę zbydlęconego zbrodniarza i najwstrętniejszego pod słońcem łotra i gbura.
I oto ma mnie w ręku, jako igraszkę! A przecie miało być zupełnie przeciwnie! Czyż w tem rozpaczliwem położeniu nie było dla i nie żadnej obrony, żadnego ratunku? Niepodobna było odpowiadać na jego obelgi tak samo, jak nikt rozsądny nie dobyłby szabli celem pojedynkowania się z parobkiem, który ma do rozporządzenia widły do gnoju. Instynkt nakazywał mi bronić się jedynie wykrętami, i możliwe, że byłaby w tem jakaś deska ratunku, a zresztą wystrychnąć na dudka tego łotra nie byłoby wcale zdrożnością. Ale skoro tylko spróbowałbym wykrętów, mógłby opryszek snadnie posądzić mnie o trwogę, i to byłoby najgorsze, co tylko sobie wyobrazić można. Trwoga! Położenie moje było nie do pozazdroszczenia, jednakże nie bez wyjścia, ani na myśl bowiem mi nie przyszło uważać się za zgubionego. Spojrzałem

53