Strona:Karol May - Jaszczurka.djvu/120

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

— Milcz! — zgromił go drągal — usta twoje są źródłem, z którego mętna płynie woda. Bardzo żałuję, effendi, że nie miałeś sposobności widzieć mnie naprzykład wczoraj, gdyśmy ciągnęli w kierunku dżezizeh Hassenii w pościgu za handlarzami niewolników. Moja postać przewyższała wszystkich, a w sercu czułem taki ogień zapału i męstwa, ze, że... ale co tu wiele gadać. Łowcy niewolników już na sam widok mojej osoby uciekli co sił, a emir mnie jedynie ma do zawdzięczenia, że...
— No dosyć, dosyć, — przerwałem mu — mamy ważniejsze rzeczy do omówienia, niż twoje przechwałki.
— Otóż to — dodał emir — idź stąd! — A do mnie: — Jestem bardzo ciekaw, dlaczego udałeś się do Hegazi, a nie do Chartumu, skąd wziąłeś się w towarzystwie tego oto sternika z bandy rabusiów, no i wkońcu, gdzie twoi żołnierze?
— Asakerzy zostali wtyle i przyprowadzą ci niebawem całą gromadę łowców niewolników, których schwytałem.
— Znowu sprzyjało ci szczęście? Udało ci się może coś z bandą Ibn Asla? Effendi, urodziłeś się napewno w czepku. Ja, niestety, od Wadi el Berd nie wyłowiłem nic
— No, to pociesz się; jeżeli nie pomylę się w rachubie, to już jutro będziesz miał w ręku samego Ibn Asla.

118