Strona:Karol May - Jaszczurka.djvu/115

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

Odpowiedź ta wprawiła go w zdumienie.
— Wyjść na pokład w tej chwili! — Zawołał głosem podniesionym.
Wiadomo mu było zapewne, że to właśnie statek pod nazwą „Jaszczurka“ umknął wczoraj z przystani koło dżezireh, i teraz pomyślał, że dowie się czegoś bliższego o tej sprawie. Na pokładzie pozapalano latarnie, ja zaś, chcąc go podrażnić, wypchnąłem sternika na zrzuconą nam powrozową drabinę, zostając z Ben Nilem na dole. Stary krzywił się, co prawda, ale rad nierad polazł pierwszy i, gdy już wydostał się na pokład, usłyszałem słowa reisa effendiny:
— Otóż jest już jeden! Ale poczekaj-no... Widziałem już gdzieś tę twarz... Ktoby to mógł być? Słuchajno, dobrodzieju, gdzieśmy się to widzieli?
Powitanie to przeraziło starego do tego stopnia, że prawie oniemiał i nic nie odpowiedział.
— Jeżeli się nie mylę, — mówił reis effendina dalej to imię twoje brzmi Abu en Nil. Nieprawdaż?
— Tak jest, effendi, — jęknął stary drżącym głosem.
— Widzieliśmy się w Gizeh, co?
— Tak, effendi, w Gizeh...
— Nazywaj mnie emirem. Wiesz przecie dobrze, że mam prawo do tego tytułu. Byłeś

113