Strona:Karol May - Jaszczurka.djvu/114

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

ze statku, stojącego w miszrah. Rozróżniłem następnie kontury okrętu z trzema pochyłymi masztami; był to „Sokół”, którego tak skrzętnie poszukiwaliśmy przez noc całą. Popłynęliśmy, oczywiście, ku okrętowi, lecz w tej chwili dał się słyszeć z pokładu alarmujący głos:
— Łódź, do mnie, w tę stronę!
Chciałem zażartować, i dałem znak towarzyszom, by udawali, że nic nie słyszą, i skierowaliśmy umyślnie wbok niby z zamiarem ucieczki, gdy wtem krzyknął ktoś z pokładu, bynajmniej nie w żartobliwym tonie:
— Stać, bo strzelam!
A równocześnie ozwał się na pokładzie dzwonek alarmowy. Wiedziałem, że skoro warta da taki znak, to w przeciągu kilku minut cała załoga jest wpogotowiu de walki, i dlatego żart mój mógł spowodować niemiłe następstwa. Skierowaliśmy więc łódź w stronę statku.
— Przybić do lewego boku okrętu — brzmiały gromkie słowa z pokładu — i nie ruszać się!
Usłuchaliśmy, a na górze wszczął się ożywiony ruch. Niebawem zapytano nas:
— Czyja to łódź?
Poznałem po głosie reisa effendinę i, żeby i on mnie nie poznał, kazałem Ben Nilowi odpowiedzieć:
— Z „Jaszczurki”.

112