Strona:Karol Irzykowski - Z pod ciemnej gwiazdy.djvu/70

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


zaraz przepije i potem poniewiera człowieka za to, że ciężko pracuje.
— Co pani mówi? I pani się tak daje?
— O, moja pani, ja jego także! Ja jestem pani u siebie w domu! Staszek, weźmiesz ty precz tego kota?
— To mi pani żal, bo nasz dukat się znalazł — niby w nocniku, ale to nic nie szkodziło, chwała Bogu się znalazł.
— Co mi tu pani mówi! Jabym tam gmerała w nocniku! Ja honorowa kobita, moja pani, ja szlachcianka! Ja tu zaraz pani coś pokażę. Widzi pani ten szal! — podoba się pani?
— No, no, to pani sobie kupiła?
— Pani myśli, żem ukradła? Dlaczego ja sobie nie mam kupić! To przecie za tego dukata, o którego się tyle namartwiłam!
— Więc ten dukat się jakoś znalazł? Chwała...
— Ja przecie pani gadam od samego początku. Ten samiuśki, com go dała dziadowi.
— Chwała Bogu, że i panin się znalazł.
— Pewnie, że się znalazł, cóż to ja gorszego?
— A mówiła pani, że dziad go przepił?
— On mi wszystko przepija, ja miała przecie majątek...
— Bo ja odprawiłam nowennę i mój się znalazł w nocniczku dziecka. Ale i panin się znalazł.
— Pani by chciała, żeby się nie znalazł? Co to pani szkodzi?
— Ale jakże to było?
— Staszek, huncfot, go zapodział, wpadł pod kufer, a ja potem znalazłam na spodzie kufra. Potem dostał po tyłku — no, niech ręka boska broni. A pani mi tu wciąż bzdyrze, że mój mały połknął... Jaki mały, co za mały! To się tak łatwo nie gubi, jak się pani zdaje!