Strona:Juljusz Verne-Podróż podziemna.pdf/123

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Wkońcu siły mię opuściły. Wydałem okrzyk i upadłem.
— Do mnie! Umieram!
Stryj nadbiegł na moje wołanie Przyjrzał się mi uważnie, potem z ust jego wypadł rozpaczliwy okrzyk:
— Wszystko się skończyło!
Kiedy otwarłem oczy, ujrzałem przy sobie dwóch moich towarzyszy, okrytych kocami, leżących nieruchomo.
Czy spali? Co do mnie, nie byłem w stanie usnąć ani na chwilę. Cierpiałem bardzo, wiedząc przytem, że na cierpienie to nie będę miał lekarstwa.
Nademną było półtorej mili skorupy ziemskiej.
Zdawało mi się w mem zdenerwowaniu, że ta cała warstwa cięży na mnie i przytłacza mię.
Czułem się zgnębiony, złamany i z trudem mogłem się poruszyć na mem posłaniu z granitu.
Kilka godzin minęło bez zmiany. Cisza głęboka panowała koło nas, cisza grobowa.
Tymczasem podczas mojej drzemki zdawało mi się, że słyszę szmer jakiś.
Ciemność panowała w tunelu. Począłem przyglądać się i zdawało mi się, że lslandczyk wstał i zniknął z lampką w ręku.