Strona:Juljusz Verne-Podróż podziemna.pdf/122

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Szliśmy czemprędzej i widok, jaki mieliśmy przed sobą, starczył za najpiękniejsze krajobrazy.
Jak djamenty zwieszały się prześliczne granity, świecąc kamieniami, wbitemi w kamienie.
Kryształy górskie, ametysty błyszczały ze środka i przy blasku lampki elektrycznej zdawały się być cudami natury. Koło godziny szóstej światło poczęło powoli zanikać, to chwilami prawie zagasać.
Kryształy przybrały odblask ciemny, błyszcząca mika połączyła się jakby ściślej z ametystem i kwarcem, jednem słowem zmniejszył się blask, pociemniała galerja. Galerja ta otoczona była murem granitowym wysokie conajmniej na jakieś cztery piętra. Byliśmy jakby zamurowani w ogromnem granitowem więzieniu.
Była ósma godzina. Wody wciąż nie było. Cierpiałem straszliwie.
Stryj mój szedł wciąż naprzód. Nie chciał się zatrzymać. Nadstawiał uszu, aby posłyszeć szmer źródła. Napróźno! Tymczasem nogi odmawiały mi posłuszeństwa.
Cierpiałem w milczeniu, żeby nie zmuszać mego stryja do postoju. I tak był zrozpaczony, gdyż dzień się już kończył, a wody nie było nigdzie ani kropli.