Strona:Juljusz Verne-Podróż podziemna.pdf/114

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


tak dalece umysł, że szedłem, zapominając o smutnej sytuacji i pragnieniu.
Pokłady, które widziałem, napewno nie będą odkryte i przez ludzkość zużytkowane... Któżby z takiej głębi wydobywać chciał węgiel?
Pokłady takie, jakie posiadamy obecnie, będą użytkowane przez ludzkość wtedy jeszcze, gdy wybije ostatnia godzina tego świata.
Tymczasem postępowaliśmy wciąż naprzód i chyba ja jedynie, pogrążony w myślach, nie uczuwałem długości drogi.
Temperatura nie zmieniała się zupełnie, wciąż była taka, jak i przy wyjściu z drogi zalanej lawą.
Tylko oddech mój przepojony był gryzącym gazem, który przenikał węglową galerję i który nieraz bywał powodem eksplozji w kopalniach.
Szczęściem mieliśmy ze sobą przyrząd Rumkorfa, nie zaś pochodnię.
Jedna, jedyna zapalona zapałka mogłaby wywołać wybuch i pożar.
Podróż ta w tunelu węglowym trwała aż do wieczora.
Stryj mój z trudnością powstrzymywał gniew z powodu horyzontalnej drogi.
Ciemności głębokie, wśród których nie można było sięgnąć okiem dalej, niż o kilka-