Strona:Juljusz Verne-Podróż podziemna.pdf/113

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Pokład węgla? — zaśmiał się profesor.
— A więc cóż takiego? — spytałem.
— Kawał węgla, nic więcej! — zaopinjował uczony. — Siadajmy coś zjeść!
Jan przygotował posiłek. Wydzielany był już teraz w małej ilości, aby żywność starczyła na czas najdłuższy. Wody otrzymaliśmy po kilka kropli zaledwie.
Manierka przewodnika próżna była do połowy Tyle tylko już było dla trojga ludzi. Po pożywieniu, moi dwaj towarzysze rozciągnęli się na swych kocach i we śnie znaleźli lekarstwo na swe zmęczenie. Co do mnie, to nie mogłem usnąć i liczyłem godziny do rana.
W sobotę, o godzinie szóstej, wyruszyliśmy dalej. Po dwudziestu minutach przybyliśmy na obszerną drogę; rozpoznałem wtedy, że ręka ludzka nie była zdolna wykonać tego, co tu widzieliśmy.
Nie mogła to być kopalnia węgla, były to tylko przygodne pokłady, z wiszącemi u góry bryłami.
Według teorji profesora Lidenbrocka, pokład ten utworzył się z korzeni drzew, paproci i innych roślin, które w epoce węgla znikły z powierzchni ziemi, zamieniając się w kawały połyskującego węgla.
Rozmyślania o tej epoce zaprzątnęły mi