Strona:Juljusz Verne-Podróż podziemna.pdf/112

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Morza przedpotopowe napełnione były ogromną ilością zwierząt tego gatunku i wyrzucając je tysiącami na skały, wyżłobiły w nich odbicia tych stworzeń.
Profesor Lidenbrock nie zwracał na to wszystko uwagi.
Oczekiwał tylko dwóch rzeczy: albo źródła, któreby otworzyło się przed naszemi stopami, albo na jakąkolwiek okoliczność, któraby zakończyła przedłużającą się wciąż drogę. Ale wieczór nadszedł i ani jedno z tych życzeń nie zostało spełnione.
W piątek, po straszliwej nocy, podczas której uczuwać począłem męki niezaspokojonego pragnienia, zapuściliśmy się znów w labirynt.
Po dziesięciu godzinach drogi zauważyłem, że blask naszych lampek coraz to słabnie.
Marmur, malachit, zaczął wydawać się ciemny, ponury i nie połyskiwał, jak dawniej.
W pewnej chwili oparłem się o mur na lewo w miejscu, gdzie tunel był bardzo wązki. Kiedy objąłem ręką, okazało się, że była zupełnie czarna.
Przyjrzałem się bliżej i cóż zobaczyłem?
— Mina węgla! Pokład węglowy! — krzyknąłem.