Strona:Juljusz Verne-Czarne Indje.djvu/066

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Wystąpił problem z korektą tej strony.


...w. Eksploatacja

... dla wielu z nich.
... człowiek kocha
... się temu bynajmniej.
... zaprzeczenia, najbardziej
... Był on typem prawdziwe-

...ego[1] życie związane jest nierozdzielnie

z życiem kopalni. Od chwili urodzenia nie przestał w niej mieszkać, a skoro prace ustały, chciał jeszcze w niej pozostać. I pozostał. Henryk, syn jego, trudnił się znoszeniem produktów żywności do podziemnego mieszkania, ale stary Szymon ani razu od lat dziesięciu nie wychodził na powierzchnię ziemi.

— Wychodzić! Po co? — powtarzał i siedział w swym czarnym pałacu.
W tym przybytku zupełnie zdrowym, podległym zawsze średniej temperaturze, stary nadsztygar nie znał ani upałów w lecie, ani mrozów w zimie. Rodzina jego miewała się dobrze. Czegoż można było więcej żądać?
Co prawda to nieraz smutek uczuwał wielki. Żałował życia, ruchu, ożywienia dawniejszego w tej kopalni tak pracowicie eksploatowanej. Mimo to nie tracił nadziei.

— Nie! nie! kopalnia wyczerpaną nie jest! — powtarzał.

  1. Przypis własny Wikiźródeł Uszkodzona strona; brak części tekstu.