Strona:Juliusz Verne - Wyspa błądząca.djvu/99

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


ilość jego napewno mogła starczyć na całą porę zimową.
Doświadczeni już teraz, zgromadzili w domu i w korytarzach tak wiele drzewa na opał, że nietylko na czas zimowy, ale na cały rok starczyć mogło.
Wszystko było przygotowne na zimę i żaden z tych pracujących gorliwie, żołnierzy tnie wątpił, że znajduje się na wyspie prawdziwej. Gdyby wiedział, w jakim jest położeniu, nie pracowałby tak gorliwie.
Zwiastowały zimę wędrówki ptaków, na południe odlatujących, chmary łabędzi, do ciepłych ciągnących krajów i zimniejszy wiatru podmuch.
Kilku odlatującym ptakom uwiązano na szyi kartkę z opisem położenia wyspy błąkającej się po morzu, nazwiskami tych, którzy na niej mieszkali i puszczono je potem na swobodę.
Robiono to w tajemnicy przed wszystkimi, wiedzieli tylko o tem: porucznik Hobson, sierżant Long i Paulina Barnett wraz ze swą towarzyszką.
Co do zwierząt, które odchodziły zwykle na zimę do łagodniejszego klimatu, to teraz nie mogły tego uczynić, będąc odgrodzonemi morzem od lądów, do których chciałyby dążyć.
Pozostały więc z ludźmi, kręcąc się koło domostwa, jakby tutaj tylko czując się bezpiecznemi.
Dnia 10-go września, stała się rzecz mocno zatrważająca porucznika.
Oto wyspa zaczęła płynąć i to bardzo szybko ku północy.
Porywał ją prąd ku Kamczatce płynący! Pędziła ku tym bezludnym stronom morza podbiegunowego, skąd się nie powraca już nigdy.