Strona:Juliusz Verne - Wyspa błądząca.djvu/68

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


tersku cierpiały zimno. Pani Mac Nap konwulsyjnie przyciskała swe dziecię do zlodowaciałej piersi a niektórzy z żołnierzy drzemali snem gorączkowym.
O trzeciej zrana porucznik spojrzał na termometr i dostrzegł, że większy mróz jeszcze niż dnia poprzedniego, zapanował w mieszkaniu.
Stanął bezradny wobec grozy położenia, gdy raptem czyjaś ręka dotknęła jego ramienia.
Obrócił się — przed nim stała Paulina Barnett.
— Trzeba coś na to zaradzić, poruczniku Hobson, powiedziała mu energiczna kobieta, — nie możemy tak ginąć bez ratunku!
— Ma pani słuszność, — odpowiedział porucznik czując budzącą się w nim energję.
Zawołał zaraz sierżanta Long, Mac Napa i jednego z żołnierzy i podszedł wraz z Pauliną Barnett do okna, chcąc przekonać się, czy możliwe będzie wyjście na dwór.
Ciepłą wodą odwilżono lód pokrywający szybę i wyczytano na zewnętrznym termometrze 72 stopnie mrozu.
— Mamy dwie rzeczy do wyboru, moi przyjaciele, przemówił Hobson. — Albo narażać swe życie dla zdobycia drzewa, albo palić po kolei: stoły, drzwi, ławki, wogóle wszystko drewniane.
— Ryzykujemy — odezwał się sierżant.
Zaczęto przygotowywać się do wyprawy na podwórze, po drzewo i pierwszy, który miał wyruszyć o 50 kroków od domu, był sierżant Long.
Przewiązano go sznurem, trzymanym w domu przez towarzyszy, aby w razie nabrania już drzewa,