Strona:Juliusz Verne - Wyspa błądząca.djvu/67

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


ła, ale nie próbując napaści. Żołnierze czuwali przez całą noc, a koło godziny czwartej rano, zdawało się, że niedźwiedzie opuściły swe stanowisko.
Jakież było jednak przerażenie, gdy jeden z żołnierzy, około 7-ej rano przybiegł z oznajmieniem, że niedźwiedzie weszły na dach.
Hobson, sierżant i paru żołnierzy pobiegło schodami na strych, aby stamtąd strzelać do napastników.
Niepodobna było jednak wytrzymać okropnego mrozu. Powrócono więc natychmiast i Hobson odezwał się w te słowa:
— Niedźwiedzie są na dachu, niebezpieczeństwa dla ludzi niema, gdyż nie wejdą do mieszkania, ale jest obawa utraty, zdobywanych z trudem skór zwierzęcych. Poszarpią napewno, wszedłszy na strych, a wszak to własność Kampanji, strzedz jej dobra jest naszym obowiązkiem.
Proszę więc, kto może, niech nam pomaga zabrać futra i umieścić je w naszem mieszkaniu lub gdzie w pobliżu.
W kilka minut wszyscy pomagali porucznikowi, a w godzinę potem wszystkie futra zostały już przeniesione do dużej sali. Podczas tej czynności, niedźwiedzie spacerowały w dalszym ciągu na dachu, starając się zerwać z niego pokrycie.
Tymczasem drugi wróg czyhał na spokój mieszkańców.
Ogień zagasał a nie było już drzewa na dokładkę.
Wszyscy siedzieli przy piecu, tuląc się jedni do drugich, czując, że ogarnia chłód, że mogą zmarznąć w mieszkaniu.
Ale nikt się nie skarżył, nawet kobiety po boha-