Strona:Juliusz Verne - Wyspa błądząca.djvu/66

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Teraz, — odezwał się sierżant, po zabarykadowaniu okna, — ci panowie nie wejdą bez naszego pozwolenia. Możemy teraz zwołać radę wojenną.
— A więc, panie poruczniku, — rzekła Paulina Barnett, — niczego już nam nie braknie w tej strasznej porze zimowania! Po mrozie, niedźwiedzie na nas napadają.
— Jeszcze nie po mrozie, — odparł Hobson, i właśnie ten mróz przeszkadza nam do wyjścia do walki, bo nas zabije... Nie możemy wyjść naprzeciw tych krwiożerczych bestyj!
— Ależ zwierzęta te napewno stracą cierpliwość i odejdą, — odpowiedziała podróżniczka. Hobson pochylił głowę z powątpiewaniem:
— Pani nie zna jeszcze tych zwierząt. Straszliwa zima ogłodziła je i nie opuszczą naszej siedziby, o ile nie zmusimy do tego siłą.
— Czy pan jest w obawie? — spytała.
— Tak i nie, — odpowiedział porucznik. — Niedźwiedzie, wiem, że nie wejdą do domu, ale my, nie mam pojęcia, w jaki sposób wyjdziemy w taki mróz, o ile to będzie konieczne!
Przez cały dzień czuwano nad tem, aby niedźwiedzie nie zaatakowały domu.
Często bardzo, któryś z niedźwiedzi przystępował do okienka i kładł głowę, wydając przytem głuchy, pełen wściekłości ryk.
Postanowiono wywiercić w kilku miejscach w murze otwory, przez któreby można było strzelać do zwierząt.
Dzień się skończył. Niedźwiedzie przychodziły i odchodziły na chwilę, powracając i okrążając dom dooko-