Strona:Juliusz Verne - Wyspa błądząca.djvu/65

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Miejmy nadzieję, — uspokajał porucznik, że mróz zelżeje i że będziemy mogli wyjść po drzewo do magazynów.
— Wątpię, — odrzekł sierżant, — pogoda prześliczna, gwiazdy świecą na firmamencie, wiatr utrzymuje się na północy i nie zdziwię się wcale, jeśli zimno trwać będzie dni kilkanaście, aż do zmiany księżyca.
— A więc, mój drogi Long, — przerwał mu porucznik, — przyjdzie chwila tragiczna, a wtedy czyż damy wszystkim umrzeć z zimna?
— Nie damy, mój poruczniku, — odrzekł spokojnie sierżant.
Hobson uścisnął dłoń dzielnego sierżanta, którego przywiązanie było mu aż nadto dobrze znane.


Rozdział XIII.

Szóstego stycznia około jedenastej rano, żołnierz wartownik, stojący przy jedynem oknie, z którego można było coś dojrzeć po zmyciu szyb wodą gorącą, wezwał sierżanta i pokazał mu jakieś poruszające się masy. Sierżant przyjrzawszy się rzekł spokojnie. — Niedźwiedzie!
W rzeczywistości pół tuzina tych zwierząt przyszło pod ogrodzenie i ujrzawszy dym wychodzący z komina, ruszało ku domowi, gdzie byli zebrani nasi podróżnicy.
Hobson wydał przedewszystkiem rozkaz, aby zabarykadowano okno, przez które wejśćby mogły po rozwaleniu szyb łapami, było to bowiem jedyne wejście nie zakryte niczem.