Strona:Juliusz Verne - Wyspa błądząca.djvu/59

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Zdziwiona podróżniczka odpowiedziała paru słowami, które zostały doskonale zrozumiane. Zaproszono rodzinę dzikusów do portu.
Eskimosi zdawali się porozumiewać wzrokiem, co robić, wkońcu zgodzili się na tę wizytę i wyruszyli razem wesoło.
Kiedy przybyli do portu Eskimoska zaczęła klaskać w ręce z radości, wołając — Dom! dom!
Sądziła, że to domek ze śniegu, jak ich tam na lodowej przestrzeni, cóż za zdziwienie ogarnęło wszystkich, gdy wszedłszy zobaczyli olbrzymią umeblowaną wygodną salę, piec i stół zastawiony naczyniem.
Zdjęto z nich rękawice i baszłyki i usadzono koło stołu.
Teraz można było rozróżnić kobiety. Były to młode istoty z włosami przetykanemi zębami i pazurami niedźwiedzi, namaszczonemi tak tłuszczem foki, że włosy były kompletnie zlepione.
Dzieci było dwoje od 4—5 lat. Rozbudzone, patrzały szeroko otwartemi oczami na obecnych, nie rozumiejąc, co się z niemi dzieje.
Mężczyźni mieli lat około pięćdziesiąt, kolor cery był żółtawo czerwony, zęby ostre, podobni byli bardziej do zwierząt niż do ludzi.
Na rozkaz porucznika wniesiono żywność, na którą rzucono się z żarłocznością. Tylko młoda Eskimoska jadła wstrzemięźliwie i z pewną umiejętnością.
Jak się okazało, młoda kobieta służyła przez rok cały u gubernatora, którego żona była Angielką. Stąd znajomość języka i europejskiego ułożenia.
Po nasyceniu się i wypiciu sporej ilości wódki, za którą Eskimosi przepadają, używając ją od lat dziecię-