Strona:Juliusz Verne - Wyspa błądząca.djvu/58

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


ulina, Magdalena i kilku żołnierzy wyruszyli zobaczyć owych przybyszów.
Po godzinie spaceru sądzono, że sierżant omylił się, że rzeczywiście były to albo zwierzęta, albo złudzenie wzroku, nikogo bowiem nie zauważono na swej drodze.
Ale sierżant Long spostrzegł coś szarego wychodzącego z bryły śniegowej i wskazując na to rzekł:
— Oto dym od morsów! od ich siedziby, panie poruczniku!
Tejże chwili, dwie istoty żyjące wyszły ze śniegowej chaty, ślizgając się na łyżwach. Byli to Eskimosi, ale mężczyźni, czy kobiety, tego wiedzieć nie było można, wszyscy bowiem byli jednakowo ubrani.
Rzeczywiście podobni byli do fok lub morsów. Było ich sześć osób: dorosłych czworo i dwoje małych.
Mieli oni ogromnie szerokie barki, co przy niskim wzroście zwracało wszystkich uwagę, nos spłaszczony, oczy małe, pod ogromnemi powiekami, usta wielkie, o wargach grubych, włosy czarne, długie, twarz bez zarostu.
Odziani byli w skórzane ubranie ze skóry morsa, w baszłyk, buty i rękawice z tegoż co i ubranie materjału.
Istoty te, napół dzikie, zbliżyły się do Europejczyków i przyglądały się im ciekawie.
— Czy nikt z towarzyszy nie umie po eskimosku? — spytał Hobson swego otoczenia.
Nikt nie znał ich mowy, ale raptem jakiś głos zabrzmiał wśród ciszy po angielsku.
— Witajcie! witajcie!
Był to głos Eskimoski, która zbliżywszy się do Pauliny Barnett, podała jej rękę.