Strona:Juliusz Verne - Wyspa błądząca.djvu/57

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Dni następnych złowiono w sidła dużą ilość mniejszych zwierząt i kilka srebrzystych zająców. Błękitne były za przebiegłe, żeby wpaść w pułapkę, wogóle wszystkie gatunki lisów są ostrożne, a czasem, chociaż się i złapią, odgryzają łapę i uciekają, bojąc się niewoli lub śmierci.
Dziesiątego grudnia śnieg znowu zaczął padać, ale marzł natychmiast.
Hobson, bojąc się, aby który z mieszkańców nie dostał szkorbutu, który zawsze w tamtych strefach panuje podczas zimy, dał wszystkim po proszku na rozgrzanie i soku z cytryny.
Szczęściem, do tej pory nikt jeszcze nie chorował, wszyscy cieszyli się wybornem zdrowiem.
Przez kilka dni naprawiano i wzmacniano ogrodzenia koło domu ze względu na możliwość napaści ze strony dzikich zwierząt, których ryki rozlegały się naokoło domu. Tymczasem zaszło pewne zdarzenie świadczące o tem, że i w miejscu bezludnem, nie jest się zupełnie samotnym.
Pewnego ranka, 14 grudnia, sierżant Long, powróciwszy z wycieczki, zaraportował na końcu, że o ile go oczy nie mylą, gromada jakichś najeźdźców mieściła się o 4 mile od portu.
— Któż to taki? — spytał porucznik Hobson.
— Są to albo ludzie, albo morsy! — odpowiedział poważnie, sierżant. — Coś pośredniego!
Hobson zrozumiał. Wielu z naturalistów uznawało podobieństwo Eskimosów do morsów i fok.
Zaraz po otrzymaniu tej wiadomości, Hobson, Pa-