Strona:Juliusz Verne - Wyspa błądząca.djvu/60

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


cych, pożegnano się, prosząc o odwiedzenie nazajutrz ich chatki.
Obiecano, o ile będzie pogoda, a że nazajutrz było bardzo ładnie i sucho, Paulina Barnett wraz z Magdaleną, porucznikiem i paru z kolonji skierowała się w stronę Eskimosów.
Na spotkanie ich wyszła młoda Eskimoska, wprowadzając do swej śniegowej chatki. Niewygodne było tam wejście. Otwór tak maleńki, że zaledwie przecisnąć się było można, ale trudniejsza jeszcze była możliwość wysiedzenia kilku minut w tej chacie.
Brak powietrza, odór nieprzyjemny z lampy i skór rozwieszanych koło komina, mieszał się z oddechem tylu osób, i sprawiał, że Paulina Barnett czuła, iż lada chwila zemdleje. Wyszła po pięciu minutach męki i natychmiast jej blednąca twarz nabrała żywych rumieńców, wskutek świeżego powietrza.
Eskimosi odwiedzali jeszcze port parę razy, po ośmiu zaś dniach pobytu, gdy upolowali dostateczną ilość morsów, po które tu właśnie przybyli, zmuszeni byli wracać do siebie.
Pożegnani serdecznie i obdarzeni dużą skrzynią z żywnością odjechali na saniach, dziękując dobrym Europejczykom za dary i za gościnność.
Eskimoska ofiarowała przy pożegnaniu cynowy pierścionek, wzamian za to Paulina Barnett dała jej bursztynowe paciorki, które z radością nieopisaną włożyła sobie na szyję.
Eskimosi obiecali latem odwiedzić port „Nadzieja” poczem raz jeszcze pożegnawszy ze łzami swych dobroczyńców, znikli w gęstej mgle zimowej na zachodzie.