Strona:Juliusz Verne - Wyspa błądząca.djvu/53

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


i każdy z przyjemnością usiadł na swojem miejscu przy stole, na którem wkrótce ukazało się śniadanie.
Pomimo silnego mrozu Tomasz Black wolał obserwować gwiazdy, ale nie udało mu się to wcale.
Instrumenty paliły mu wprost mrozem w ręce, skóra z palców, trzymających lunetę schodzić poczęła i przyklejać się do narzędzia. Musiał więc zrezygnować ze swej obserwacji, ale postanowił przyglądać się cudom bez lunety. Miał wracać, ale zatrzymał go widok niezwykły, jakby przedwstęp do ukazania się zorzy północnej na tem cudnem, jaśniejącem niebie. Na niebiosach utworzyło się białe koło, przetykane cieniem blado-różowym, a otaczającym księżyc, który błyszczał tysiącami jakby brylantów.
W piętnaście godzin potem, na niebo weszła przepiękna zorza północna.
Zjawisko to miało w sobie wszystkie barwy tęczy, między któremi dominował kolor czerwony.
W pewnych miejscach nieba, zdawało się, że gwiazdy zalane są potokami krwi. Promienie drgały, jak żywe, otaczając zblakły wobec ich barw i światła księżyc.
Żadne pióro nie zdoła opisać czaru tego zjawiska. Pół godziny gościła zorza na niebie, poczem znikła odrazu, jakby czyjaś niewidzialna ręka zamknęła źródło elektryczne, które ożywiało zjawisko. Był już dobry czas dla Tomasza Blacka do powrotu do domu.
Jeszcze pięć minut dłużej, a jużby zmarzł na śmierć!