Strona:Juliusz Verne - Wyspa błądząca.djvu/52

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Powoli znudziło wszystkich i czytanie i wesoła gra w karty, kładli się spać w nadziei, że ustanie wycie wichru i zawieje, ale budzili się z przeświadczeniem, że próżne były nadzieje...
Śnieg sypał bez przerwy, kominy potrzaskały od mrozu i zlodowaciałe w środku, nie przepuszczały dymu, który unosił się w pokojach, a burza nie ustawała na chwilę. Dopiero 28 listopada zaszła duża zmiana i burza ucichła.
Radość opanowała wszystkich, każdy chciał wyjść na świeże powietrze, rzucono się ku drzwiom, ale otworzyć je stało się niemożliwością, tak je zasypał śnieg i lód zasklepił, wyszli więc oknem. Mróz był duży, ale bez wiatru, przetrzymać więc można było to zimno.
Wyruszono do stajni, ze strachem myśląc o zwierzętach, które, być może, zasypane zostały śniegiem, cała bowiem stajnia była jednym blokiem lodowym i z trudem wybito otwór, z którego z piskiem radosnym i szczekaniem wybiegły psy, ciesząc się świeżem powietrzem i widokiem ludzi.
Wyszedłszy ze stajni, którą starannie zamknięto, podróżnicy odeszli kawałek drogi, aby przyjrzeć się prześlicznemu niebu, całkowicie usianemu gwiazdami.
Takiego nieba, tak błyszczącego od gwiazd, nie widział nikt z obserwujących to czarowne piękno.
Tomasz Black był zachwycony. Wpatrywał się w te cuda, wydając wciąż okrzyki pełne uwielbienia, klaszcząc w ręce z radości. Była to godzina ósma rano. W godzinę potem mróz, wzmagający się co chwila, kazał wracać do domu, do ciepłego komina.
Weszli wszyscy oknem, które zaraz zamknięto,