Strona:Juliusz Verne - Wyspa błądząca.djvu/51

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Każdy miał wyznaczony swój dział roboczy i pilnował się tego gorliwie, z tego powodu panował ład wzorowy.
Burze nie ustawały ani na chwilę, straszliwe zadymki zakrywały ciemne i tak niebo i niesione wichrem leciały w dal.
Okna i drzwi domu były wciąż zamknięte, z czego wytworzyło się ogromnie ciężkie powietrze. Hobson chciał użyć do odświeżenia atmosfery pomp powietrznych, ale były tak zasklepione lodem, że działać nie mogły.
Postanowiono więc posłuchać sierżanta Longa i jedno z okien otworzyć.
Nie było to jednak tak łatwe, jak się zdawało. Lufciki były silnie przymarznięte i taką warstwą śniegu zasypane, że i mowy być nie mogło o otwarciu bez oczyszczenia i odgarnięcia z zewnątrz lodu i śniegowej zamieci..
Otwarto wreszcie jedno z okienek przy pomocy wszystkich mieszkańców, i świeże powietrze napełniło izbę, przesyconą i dymem, i nieopisaną ciężkością z powodu wilgoci.
Robiono to codziennie przy mniejszych już wysiłkach.
Tak przechodził powoli czas zimy podbiegunowej. Renifery i psy miały obfite w stajniach pożywienie, nie trzeba było więc je odwiedzać w okrutne mrozy.
Już od dziesięciu dni podróżnicy żyli tak odosobnieni, jak więźniowie, bez wychodzenia na świat — wydawało się to bardzo długie i bardzo męczące dla ludzi, przyzwyczajonych do pracy na świeżem powietrzu, jakimi są żołnierze i myśliwi.