Strona:Juliusz Verne - Wyspa błądząca.djvu/48

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


pokryło się chmurami i spadł deszcz. Zła pora roku nadchodziła.
Pani Żolif, zanim śnieg upadł, zasiała przywiezione przez porucznika ziarna zbóż i miała nadzieję na drugi rok piec już ciasto i chleb z wyhodowanej przez siebie mąki.
Hobson zaś zaopatrzył swych towarzyszy w ciepłe ubrania, aby spotkali mrozy z uśmiechem.
Wszyscy przyodziali się w wełniane, ciepłe ubrania, w skórzane spodnie, kurtki futrzane i buty nieprzemakalne.
Drugiego października pierwsze śniegi pokryły port Bathurst, który w kilka dni zmienił całkiem swój wygląd.
Pogoda była jednak możliwa, temperatura znośna, nie było bowiem wiatru, który bardziej dokucza zwykle niż mrozy.
Do składów przybyły nowe futra tych zwierząt, które zmieniały obecnie swą odzież na piękny, świeży włos, również polowano codziennie na ptaki przelotne, uciekające do klimatu umiarkowanego.
Polowano też na białe zające, na gwiżdżale, coś z gatunku łabędzi, długie do 5 stóp, upierzone na biało, a na głowie i ogonie na miedziano.
Podczas polowania, które mogło trwać zaledwie kilka godzin, spotykano całe bandy wilków, które z zuchwalstwem zbliżały się już nieraz do przystani.
Mając węch bardzo delikatny, czuły zapach, unoszący się z kuchni i to je ciągnęło do mieszkania podróżnych.
W nocy słyszano ich złowróżbne wycie, jakby ostrzegające przed napaścią.
Zwierzęta te, pojedyńczo spotykane, łatwo dadzą