Strona:Juliusz Verne - Wyspa błądząca.djvu/29

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


nik i Paulina Barnett patrzali osłupiałym wzrokiem na słup wody, mający runąć ma nich.
I runęła wkrótce z okropnym hałasem, rozbiła tył łodzi z wielkim trzaskiem. Dał się słyszeć krzyk przerażenia pełen, — łódź znalazła się pod wodą, pogrzebana w górze pianistej.
Ale aczkolwiek napełniona wodą, uniosła się w górę... tylko marynarza nie było.
Hobson wydał okrzyk rozpaczy. Paulina obróciła się ku niemu.
— Norman! — krzyknął, pokazując puste miejsce po marynarzu.
— Nieszczęśliwy! — zawołała Paulina z boleścią.
Powstali, nie zwracając uwagi na to, że mogą zginąć w rozhukanych falach, ale nie widzieli nic.
I nie słyszeli ani krzyku, ani wołania o pomoc. A i ciało nie ukazało się na powierzchni... Stary marynarz znalazł śmierć w falach.
Porucznik i Paulina rzucili się z wyrazem rozpaczy na ławki. Teraz zostawieni byli sami sobie, a czy zdołają się wyratować bez tego dzielnego człowieka?
— Jesteśmy zgubieni, — odezwał się porucznik.
— Nie, pasie Hobson, — odpowiedziała bohaterska kobieta. — Róbmy, co możemy, a Bóg nam dopomoże!
Wtedy to Hobson zrozumiał, czego warta była Paulina Barnett i jak potrafiła zagrzewać do wytrwania.
Zaczęli oboje wylewać wodę z łodzi, a gdy trochę ulżyli, nawet[1] fale zalewały i groziły zatonięciem
— Musimy być gotowi na śmierć w falach, — odezwał się porucznik.

— Jestem gotowa! — odpowiedziała z prostotą Paulina Barnett.

  1. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; najprawdopodobniej winno być nowe.