Strona:Juliusz Verne - Wyspa błądząca.djvu/137

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


ry nie wymówił jednego słowa i który zdawał się nie zaliczać już do żyjących i ufających możliwości ratunku.
Hobson zbliżył się do astronoma:
— A ten środek? — zapytał.
— Dawać tu pompy! W nich ratunek!
Czy Tomasz Black oszalał? Brał widocznie w swoim obłędzie kawałek lodu za okręt!
— Zwarjował! — odezwał się sierżant.
— Dawać pompy! — powtórzył astronom, — napełnić rezerwoary powietrzem!
— Róbcie, co każe! — zawołała Paulina Barnett.
Przytwierdzono pompy do zbiorników, których wierzch został natychmiast zamknięty.
Pompy działały prawidłowo i astronom prowadził je po brzegach lodowca tam, gdzie najbardziej topniał od słońca.
Ku podziwowi wszystkich, skutek był nadzwyczajny. Lód się zatrzymał, szczerby wyrównały się, ani kropla wody nie spływała po bokach lodowca.
— Hurra! hurra! — zawołali nieszczęśni.
Męcząca to była praca, to pompowanie bez przerwy, ale nie było braku rąk, ani chęci!
— Ratujesz nas, panie Black! — odezwał się porucznik.
— Ależ, nic nad to prostszego! — odrzekł skromnie astronom.
Wyrównał się lodowiec, powiększył, wiedzieli wszyscy, ze za parę godzin będą wyratowani i radość napełniła serca.
Zbliżano się do lądu. Kiedy już tylko ćwierć mili brakło do celu podróży, niedźwiedź wyskoczył, przepłynął do brzegu i znikł w ciemnościach.