Strona:Juliusz Verne - Wyspa błądząca.djvu/136

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Ale wszystko to było za mało. Lód topniał, robiły się szpary i zanim dopłyną do brzegu, padną ofiarą morza.
Noc zapadła, a ci nieszczęśliwi, nie wiedzieli co począć, w jaki sposób zwiększyć szybkość wysepki lodowej.
Brzegi były już tylko o cztery mile, ale lód topniał...
— Dajmy sygnał! — zawołał Hobson, — może nas usłyszą!
Ze wszystkiego co było pod ręką zrobiono stos i zapalono.
Ale lodowa wysepka pogrążała się tymczasem coraz bardziej w morze, pozostał już tylko pokład ziemi i piasku nad wodą w formie pagórka, na który to schronili się wszyscy podróżni, mała liczba pozostałych zwierząt, których jeszcze nie pochłonęło morze i niedźwiedź, straszliwe wydający ryki!
Nic nie wskazywało na to, żeby nieszczęśliwi byli zauważeni na lądzie, a tymczasem za kwandrans najwyżej zginą bez żadnego ratunku.
A za trzy godzimy możnaby się dostać do brzegu i być uratowanymi...
Ale co począć? co począć?
Hobson stał zadumany, wreszcie odezwał się z rozpaczą:
— Ach! gdyby był środek jaki na utrzymanie w całości lodowca! Oddałbym za to swe życie! Tak, swe życie!
W tej chwili usłyszał za sobą wyraźnie wymówione sława:
— Jest na to środek!
Tomasz Black to powiedział, on, który do tej po-