Strona:Juliusz Verne - Wyspa błądząca.djvu/135

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Panie Hobson, — odezwała się poważnie, — czyśmy spełnili wszystko, co było w naszej mocy?
— Tak, pani.
— A więc, niech się dzieje wola Boża!
O godzinie szóstej wieczorem, podniosła się ze swego miejsca wierna przyjaciółka Pauliny Barnett i wskazując czarny punkt zdala widniejący, zawołała: — Ziemia!..
Wszyscy zerwali się, jakby podrzuceni iskrą elektryczną.
Rzeczywiście, na południo-wschodzie, o jakieś dwanaście mil od lodowca, widniała ziemia.
Pozawieszano na maszcie, płótna, futra, wszystko, co mogło powiewać i pchać tym powiewem lodowiec ku brzegom.
Wysepka rzeczywiście pędziła szybko, ale słychać było trzeszczenie lodu, urywanie się kawałków i lada chwila wszyscy mogli się znaleźć w morskich odmętach.
Ale teraz nie chciano nawet o tem myśleć.
Nadzieja zacierała trwogę. Wybawienie w postaci lądu, widać było zdaleka.
Krzyczano, wołano, gorączka opanowała wszystkich.
O wpół do ósmej lodowiec zbliżył się znacznie do lądu, ale też i zmniejszyła się jego objętość z każdą chwilą.
Odpadały kawałki, unosząc oszalałe ze strachu zwierzęta, a ludzie drżeć znów poczęli o życie.
Zasypywano malejące brzegi odrobiną pozostałej ziemi, aby się nie topiły lody, zasłaniano od słońca futrami.