Strona:Juliusz Verne - Wyspa błądząca.djvu/131

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


przepływał ze źródła i jeden z żołnierzy przybiegł do porucznika, aby mu to oznajmić.
— Nic to nie szkodzi, — odpowiedział na to Hobson, — mamy dostateczną ilość lodu, którym zaspokoić możemy pragnienie.
Uspokoiwszy w ten sposób swych towarzyszy, Hobson zadumał się smutnie.
Co będzie, gdy lody, podtrzymujące wyspę zaczną topnieć pod wpływem ciepłego prądu morza, gdy nie starczy na gaszenie pragnienia, a jednocześnie i na podtrzymanie wyspy?
Tymczasem zwierzęta również, nie znajdując słodkiej wody, zaczęły lizać lód.
Niektóre z nich, jak wilki, biegały niby szalone po wyspie, niedźwiedź spacerował niespokojnie, przeczuwając niebezpieczną sytuację i zbliżał się nieszkodliwy ku ludziom, jakby u nich szukając opieki.
Ptactwo również odlatywało pospiesznie na południe, co napełniało trwogą serca podróżnych.
Hobson kazał przenosić różne rzeczy na barkę, chcąc w każdej chwili być gotowym na ratowanie w niej swych towarzyszy.
Gdy naraz straszmy wicher zaczął miotać falami, barka napełniła się wodą i trzeba było powyjmować to, co się włożyło.
Trzeba więc było jeszcze pozostawać na lądzie, dopiero nazajutrz spodziewano się uspokojenia fal i postanowiono wyruszyć w drogę.
Noc była spokojna. Porucznik Hobson wstał zdecydowany na to, że zarządzi wyjazd barką ku lądom.
Mgła była jeszcze gęsta, ale z pośród niej ukazywało się już słońce.