Strona:Juliusz Verne - Wyspa błądząca.djvu/117

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


działa Paulina Barnett, — to zwierzę straciło zupełnie swą dzikość. Jest więźniem, jak i my, a wszak wiecie, że więźniowie...
— Nie zjadają się wzajemnie! — dopowiedział porucznik, — to prawda.
Ale tymczasem, sądzę, że będzie lepiej, gdy wejdziemy do środka. Nie trzeba narażać go na pokusę...
Rada była dobra, każdy wszedł do domu, zamknięto drzwi, ale wentyle w oknach pozostały otwarte.
Niedźwiedź, zastawszy drzwi podwórza otwarte, wszedł, rozejrzał się uważnie, wsunąwszy olbrzymią swą głowę do wnętrza, zbadał meble i sprzęty, przyjrzał się stajni i psiarni, posłuchał przez chwilę wycia rozpaczliwego psów, które poczuły niedźwiedzia, wkońcu podszedł do domu i olbrzymi swój łeb położył przy otwartym wentylu okna.
Cofnęli się wszyscy, kilku z żołnierzy pochwyciło za broń, a sierżant Long zaczął się obawiać na dobre, że żart posunięto za daleko i może się coś stać niedobrego. Ale Kalumah nie zlękła się wcale zwierzęcia. Podeszła do okna i twarz przybliżyła do zamkniętej szyby.
Niedźwiedź zdawał się ją poznawać, tak przynajmniej twierdziła Eskimoska, i widocznie zadowolony, wydał łagodny i jakby radosny ryk, i cofnąwszy się od okna, poszedł skąd przyszedł.
3-go lutego, ku południowi blada smuga ukazała się na horyzoncie i trzymała się obłoków przez godzinę, poczem zajaśniała żółtawa tarcza i od tej pory słońce zaczęło się ukazywać i noc podbiegunowa skończyła swe bytowanie na wyspie.