Strona:Juliusz Verne - Wyspa błądząca.djvu/118

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Rozdział XIX.

Zaczynając od dnia, w którym ukazało się słońce, wznosiło się ono i rozjaśniało horyzont codziennie i to coraz piękniej, zimno było większe niż przedtem, pogoda stale sprzyjająca wycieczkom.
— Jeszcze dwa miesiące lodów, a potem będzie można wyruszać, — odezwała się pewnego dnia podróżniczka.
— Tak, dwa miesiące jeszcze, — odpowiedział porucznik, — potem, chociażby wyspa nasza zaczęła znów płynąć, znajdziemy się w okolicy Behringa, wtedy łatwiej nam będzie dopłynąć do jakiego lądu.
— Jakto, co pan mówi? — zapytała Paulina Barnett ze zdziwieniem. — Przecież prąd, który nas zapędzi, zawiedzie nas ku północy, ku Kamczatce?
— Tego nie będzie w żadnym razie, — odparł Hobson, — lody idą z północy na południe, zawiodą więc nas ku cieplejszej stronie. Proszę się zapytać Kalumah, czy nie mam racji?
Kalumah potwierdziła mniemanie Hobsona, pewnem było, że wyspa na lodzie stojąca skieruje się ku południowej stronie, ku zatoce Behringa, nawiedzanej podczas lata przez rybaków z Archangielska.
Ostatni tydzień lutego był niezwykle dżdżysty i śnieżny.
Wionął wiatr północno-zachodni, dawały się słyszeć grzmoty. Lodowce zgromadziły się w wielkiej ilości