Strona:Juliusz Verne - Wyspa błądząca.djvu/115

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


sobu łowienia i poszła z nimi, aby wskazać widziane przez siebie otwory.
Z myśliwymi wybrali się też razem i Paulina Barnett, Hobson i trzej jeszcze żołnierze. Kobiety usiadły nad brzegiem morza, a mężczyźni stanęli ze sznurami w ręku nad oddalonemi od siebie jamami.
Minęła godzina i nic nie zwiastowało ukazania się fok.
Nakoniec z jamy, którą dozorował jeden z żołnierzy, wysunęła się głowa z dwoma ogromnemi kłami, była te głowa morsa.
Żołnierz zarzucił pętlę ma szyję zwierzęcia i zaczął ściskać. Przy pomocy swych towarzyszy wyciągnął morsa i kilku uderzeniami siekiery zabił na lodzie.
Dużo fok zostało w ten sposób uśmierconych. Mieszkańcy wyspy zaopatrzyli się teraz w tak niezbędny im tłuszcz, który wprawdzie nie jest tak miłym w użyciu do lamp, jak oliwa roślinna, ale może ją zastąpić, dając możność pracowania i czytania przy swem świetle.
Tymczasem mrozu jakby nie było. Na lądzie cieszonoby się tak łagodną zimą, ale tutaj obawiano się, że podstawa lodowa wyspy może się roztopić, a wtedy koniec smutny czekałby nieszczęśliwych tych ludzi.
Widocznem też było, że lody nie pokryły całkowicie morza, i że nie utrzymują błądzącej wyspy, gdyż zwierzęta, karmiące się roślinnością, a więc wędrujące zwykle do cieplejszego klimatu, nie opuściły dotąd wyspy, nie mogąc przejść po lodzie, jakto zeszłego roku zrobiły.
Również zwierzęta o przepysznych futrach nie opuś-