Strona:Juliusz Verne - Wyspa błądząca.djvu/112

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


trzymałby naporu sań, zwłaszcza, że są przepaście szczeliny pomiędzy lodami.
— Tak, panie poruczniku, ma pan rację, — odpowiedział sierżant, — bądźmy wszyscy razem, nie rozłączajmy się, a gdy nadejdzie jaki okręt, ratujmy się...
— A więc, panie Hobson, jak będzie? — spytała Paulina Barnett.
— Trzeba powracać na wyspę Wiktorję.
— Wracajmy więc i niech niebo nad nami czuwa!
Zebrano wszystkich i powiedziano o konieczności powrotu na wyspę.
Przyjęto tę wiadomość z widoczną niechęcią. Biedni ci ludzie liczyli tak pewnie na powrót do swej ojczyzny, że jak grom uderzyła w nich zmiana w projektach porucznika. Byli zrozpaczeni, ale po zastanowieniu się, poddali się konieczności i postanowili być posłusznymi.
Powrót do portu Nadzieja zdecydowany był na drugi dzień i odbył się wśród bardzo opłakanych warunków.
Pogoda była okropna. Deszcz padał strugami, a ciemność straszliwa pogarszała jeszcze położenie. Cztery dni i cztery noce jechano do wyspy. Kilka sań wraz z zaprzężonymi psami stało się pastwą przepaści, pochłonięte zostały przez wodę, buchającą z pomiędzy szczelin, ale dzięki roztropności Hobsona, ani jeden z ludzi nie zginął.
Droga była niebezpieczna i trudna, a cóż jeszcze czekało tych nieszczęśliwych, gdy powrócą na wyspę błądzącą, gdy straszliwą zimę przebywać będą zmuszeni!...
A wyruszyć łodzią będą mogli zaledwie za sześć