Strona:Juliusz Verne - Wyspa błądząca.djvu/110

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


nien powrócić, pozatem nie obchodziło go nic, jakby nikogo i niczego nie widział.
Pracowano tak gorliwie, że rankiem, 18-go listopada wszystko było gotowe do wyjazdu, który jednak musieli odroczyć ze względu na niepogodę. Burza z deszczem i śniegiem zmusiły do czekania na odpowiedniejszą porę do podróży, — i dopiero 22-go tegoż miesiąca, gdy stan powietrza stał się możliwy, porucznik Hobson dał hasło do wyjazdu.
Wyruszono o wpół do dwunastej zrana; dzień był cichy, szary od mgieł, a zorza oświetlała horyzont.
Psy wypoczęte przez czas dłuższy, rzuciły się z chęcią do jazdy, trzy pary domowych reniferów ciągnęły sanie z futrami, resztę sań zajęli podróżnicy, i skierowano się ku przylądkowi Michała.
— Żegnaj! Żegnaj, nasz drogi domku! — zawołała Paulina Barnett, machając ręką w kierunku portu.
I wszyscy, smutni i zgnębieni, w ciszy opuszczali swoje domostwo.
W godzinę potem przybyli do przylądka bez przeszkód.
Dalsza jednak droga, tak była najeżona ostremi lodowcami, że z trudnością posuwały się sanie, wkońcu zjawiła się przeszkoda, która nie pozwoliła odbywać dalszej podróży.
Karawana napotkała szerokie i głębokie między lodowcami doły, napełnione wodą. Szpary napotykano ze wszystkich stron, niepodobna więc było jechać tam saniom. Mogły się nawet zdarzyć wypadki z ludźmi, powierzonymi opiece Hobsona.
Było się nad czem zastanowić, co robić wypada.
Hobson rozebrał się i wskoczył do jednej ze szcze-