Strona:Juliusz Verne - Wyspa błądząca.djvu/109

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Opuścił jednak broń, poznawszy jakie to było zwierzę.
— To niedźwiedź, — rzekł do podróżniczki, — przyszedł biedak szukać stąd wyjścia, ale nie znalazł, tak jak i my ludzie, wraca do swego legowiska.
— Ach! to mój niedźwiedź! — zawołała. — Ten, co wyratował Eskimoskę! Zapewne sam jeden na tej wyspie! Ale co on tu robi?
— Stara się przejść na ląd, którego tu nie widać, nie chce być więźniem.
Niedźwiedź tymczasem, poruszając głową i mrucząc głucho, przeszedł o dwadzieścia kroków od stojących.
Albo ich nie widział, albo nie chciał widzieć.
Skierował się do przylądku Michała i znikł za wzgórzem.
Dnia tego porucznik Hobson i Paulina Barnett wrócili do domu w usposobieniu bardzo smutnem. Robota koło sań trwała bezustanku, psy wypuszczano, aby przywykły do biegania i powietrza, krzątano się koło wyprawy.
Sań było kilka. Jedne z nich napełniono najkosztowniejszemi futrami, inne przeznaczono do pak z pożywieniem.
Każdy pomagał, każdy chciał się czemkolwiek przysłużyć, jeden tylko astronom nie wychodził ze swego pokoju, siedział zadumany i smutny, i zdawał się być obojętny na wszystko.
Złamało go niepowodzenie z obserwacją księżyca, dla której znosił tyle niewygód, teraz znów martwiło go, że wracać nie mógł do kraju wtedy, kiedy był wi-