Strona:Juliusz Verne - Wyspa błądząca.djvu/105

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Rozdział XVIII.

Tak! oni wiedzieli, ci zacni, dzielni ludzie! I aby nie dodawać jeszcze zmartwienia swemu dowódcy, udawali, że nie wiedzą o niczem i pracowali, jak wprzódy.
Łzy wzruszenia padły z oczu Hobsona. Nie starał się ukrywać ich przed tymi zacnymi ludźmi i uścisnął serdecznie dłoń dzielnego żołnierza.
— Jesteście dzielnymi ludźmi, moi przyjaciele, — odezwała się Paulina Barnett, którą ta delikatność wzruszyła do głębi, — jesteście szlachetnymi i odważnymi żołnierzami!
— A nasz porucznik, — odpowiedział Mac Nap — może na nas liczyć. Spełnił swój obowiązek, a my — spełnimy swój bez szemrania.
— Tak, moi towarzysze, — rzekł porucznik, — Bóg nas nie opuści, będziemy robili, co tylko możliwe aby się wyratować!
Mamy sześćset mil do przebycia, — mówił dalej porucznik, musimy się spieszyć, aby przed marcem być na lądzie.
— W chwili, gdy otrzymamy sygnał do wyjazdu, mój poruczniku, — rzekł Mac Nap, — pójdziemy, dokąd nas zawiedziesz!
Wyjazd naznaczony został na 20 listopada, nie było bowiem ani chwili do stracenia.
Pomimo wielkiej odwagi i energji, Paulina Barnett czuła w sercu nieopisaną odwagę.