Strona:Juliusz Verne - Wyspa błądząca.djvu/104

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


i sierżant Long zebrali się na naradę, którego dnia mają opuścić wyspę i wyruszyć ku lądowi.
Postanowiono wyjechać w końcu listopada i zawiadomić wszystkich o istotnym stanie rzeczy.
— A kiedy zawiadomi pan o zapadłem postanowieniu mieszkańców wyspy? — zapytała Paulina Barnett.
— Natychmiast, — odparł spokojnie porucznik.
— Sierżancie Long, — zwrócił się do stojącego obok towarzysza wyprawy, — proszę zgromadzić wszystkich bez wyjątku w dużej sali, a zaraz tam przyjdę.
Sierżant wyszedł, a porucznik i Paulina Barnett, stali jakiś czas w milczeniu. W chwilę potem sierżant zawiadomił Hobsona, że rozkaz został spełniony.
Gdy porucznik i Paulina Barnett weszli do sali, nie brakowało tam nikogo z mieszkańców portu.
Hobson zwrócił się ku obecnym i tonem poważnym rzekł:
— Moi przyjaciele, aż do tej pory czułem się w obowiązku nie mówić wam o niczem, aby was nie niepokoić. Teraz jestem zmuszony.
Oznajmiam więc wam, moi drodzy, że trzęsienie ziemi odłączyło nas od lądu...
Przylądek Bathurst oderwał się od amerykańskiego brzegu... Nasz półwysep jest tylko wyspą lodową, błądzącą...
W chwili, gdy to skończył, podszedł do niego jeden ze starszych żołnierzy i rzekł głosem donośnym:
— Wiedzieliśmy o tem dawno, mój poruczniku!