Strona:Juliusz Verne - Wyspa błądząca.djvu/103

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


głównie doznała się we znaki, deszcze i śniegi padały codziennie.
Porucznik Hobson nie bardzo był z tego zadowolony, wolałby silne mrozy, aby być o nieruchomość wyspy spokojnym.
Tymczasem lód na morzu nie był jeszcze tej grubości, żeby móc jechać saniami.
Tak samo było przez cały październik. W miesiącu tym Hobson i sierżant odbywali częste wycieczki, jednego dnia odwiedzili przylądek Michała, drugiego zatokę Morsów, chcąc zmiarkować, czy przejście jest możliwe.
Okazało się, że lód jest za cienki, aby móc się odważyć jechać i postanowiono czekać.
W pierwszych dniach listopada temperatura była niższa o kilka stopni i mgła otaczała wyspę. Trzeba było zapalać lampy, a oliwy już było bardzo mało. Polowania na foki nie można było urządzać, gdyż nie było ich tu wcale.
Jeśliby zima potrwała przez czas dłuższy, musiano by używać tłuszczu z reniferów, lub zapalać żywicę z sosen.
11-go listopada święcono uroczyście dzień urodzin małego Mac Napa.
Dziecko było zdrowe i bardzo piękne, o kędzierzawych bląd włosach i dużych błękitnych oczach.
Nazajutrz, 12-go listopada, słońce nie ukazało się wcale na nieboskłonie i rozpoczęła się noc podbiegunowa.
Ale zanik słońca nie wpłynął na zmianę temperatury. Mrozu wielkiego nie było.
Trzynastego listopada, Paulina, Barnett, Hobson