Strona:Juliusz Verne - Walka Północy z Południem 02.pdf/217

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


brzegu. Pień natychmiast popłynął z prądem ku przeciwległemu brzegowi.
Zerm a starała się ukrywać pod gałęziami, które ją w części zasłaniały — zresztą, oba brzegi były puste. Żaden głos nie dochodził ani ze strony Wyspy, ani z lasu cyprysowego. Przepłynąwszy kanał, metyska umiałaby znaleźć schronienie do wieczora, zanim by mogła bezpiecznie i niespostrzeżenie zapuścić się w głąb lasu. Ocknęła się w niej nadzieja. Prawie nie troszczyła się o nic, nie zwracała uwagi na gady, otwierające paszczę z obydwu stron pnia drzewa i wślizgujące się aż pomiędzy niższe gałęzie. Dziewczynka przymknęła oczy, Zerma zaś przyciskała ją jedną ręką do piersi, drugą gotowa była ugodzić kordelasem w najnatrętniejsze z gadów. Ale bądź, że się lękały grożącego im ostrza, bądź, że są groźne tylko w głębi wód, nie rzucały się na to zaimprowizowane czółno.
Nakoniec pień dostał się na środek kanału, którego prąd porywał go w kierunku ukośnym ku lasowi. Zanim upłynie kwadrans czasu, przybije on do brzegu, jeśli się nie uwikła w porosty wodne; a wtedy, jakkolwiek mogą być wielkie niebezpieczeństwa Zerma przestanie się lękać Texara.
Nagle przycisnęła mocniej dziecko do siebie.
Zajadłe szczekania rozlegały się na wyspie. Natychmiast prawie ukazał się pies na brzegu; biegł on ku kanałowi w ogromnych podskokach.