Strona:Juliusz Verne - Walka Północy z Południem 02.pdf/216

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


ry rozporządza trafem, czyniąc zeń najczęściej narzędzie swej woli.
Ale lada chwila niektórzy z towarzyszów Texara mogli się ukazać na skraju lasu. Gdyby ten z Texarów, który pozostał na wyspie, wrócił do wigwamu, czy, nie zastawszy tam Zermy i Dy, nie puściłby się w pogoń za niemi?...
Boże mój — zawołała nieszczęśliwa kobieta — zlituj się!
Nagle spojrzała w prawą stronę kanału.
Słaby prąd parł wydy ku północy jeziora, gdzie się znajduje kilka dopływów Calavoschatchesu. jednej z rzeczek, wpadających do zatoki meksykańskiej i zasilających jezioro Okee-cho-bee podczas wielkich przypływów miesięcznych.
Pień, nadpływający z prawej strony, uderzył właśnie o brzeg: otóż czy na tem pniu nie dałoby się przebyć kanału; pływający pień parł w stronę lasu cyprysowego. Prawdopodobnie przeprawa ta powiodłaby się, a w każdym razie, gdyby, na nieszczęście, pień powrócił na wyspę, sytuacya uciekających nie byłaby gorszą, aniżeli obecnie.
Nie zastanawiając się, jakby instynktownie, Zerma skoczyła na nadpływające drzewo. Gdyby wzięła pod rozwagę, możeby sobie powiedziała, że setki gadów roją się w wodach, że trawy mogą zatrzymać pień w środku kanału! Tak! ale wszystko było lepsze od pozostania na wyspie. Dlatego też Zerma, trzymając Dy na rękach, uczepiła się gałęzi i odbiła od