Strona:Juliusz Verne - Walka Północy z Południem 01.djvu/89

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Szczególniej teraz, kiedy umysły są bardziej niż kiedykolwiek skłonne do kroków gwałtownych, odrzekła Zerma.
— Rzeczywiście, dziś rano miasto było zgorączkowane, — rzekł znowu pan Stannard. Widziałem, słyszałem tych menerów! Texar nie rozstaje się z nimi od jakich dziesięciu dni, podżega ich, podnieca i ci złoczyńcy zbuntują w końcu pospólstwo nie tylko przeciw władzom, ale i zwrócą ich krwawe popędy przeciw tym mieszkańcom, którzy nie podzielają ich poglądów.
— Czy pan nie widzi potrzeby opuścić Jacksonville przynajmniej na jakiś czas, panie Stannard? — powiedziała Zerma. Byłoby bezpieczniej powrócić dopiero po przybyciu wojsk federalnych do Florydy. P. Burbank kazał mi to powtórzyć że radby widzieć w Castle-House pana i miss Alicyą.
— Wiem... wiem... nie zapomniałem o zaprosinach p. Burbanka..
— Ale czy Castle-Hause pewniejsze jest niż Jacksonville? Jeśli ci awanturnicy, włóczęgi, szaleńcy, staną się tu panami, czy się nie rozproszą po wsiach i czy plantacye będą zabezpieczone od ich spustoszeń?
— Panie Stannard, zauważyła Zerma, — zdaje mi się, że na wypadek niebezpieczeństwa byłoby lepiej być razem...
— Zerma słusznie mówi, ojcze. — Byłoby lepiej być wszystkim razem w Candles-Bay.