Strona:Juliusz Verne - Walka Północy z Południem 01.djvu/87

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


się dzieje; ruchy te bowiem groziły mu bezpośrednio. Jeśliby przyszło do gwałtownych kroków, to nie ograniczyłyby się one na terenie miasta, lecz szerzyłyby się dalej, aż do plantacyj prowincyonalnych, Camdles-Bay z pewnością byłoby jedną z ofiar. Dlatego, metyska, chcąc zasięgnąć dokładniejszych wiadomości, udała się do p. Stannarda, który mieszkał podówczas za przedmieściem.
Była-to siedziba śliczna, wygodna i przyjemnie położona w pewnego rodzaju oazie z dziewiczej zieleni, którą siekiera kolonistów uszanowała, czy też przypadkowo zostawiła. Dzięki staraniom miss Alicyi, dom ten, tak wewnątrz jak i zewnątrz, był wzorowo utrzymywany. Trzeba zauważyć, że gorliwą gospodynią była ta młoda panienka, która osierocona przez matkę, musiała objąć zarząd gospodarstwa Walter-Stannarda don Miss Alicya z radością powitała Zermę która na wstępie zaraz powtórzyła jej prawie dosłownie list Gilberta.
„Prawda, już jest blizko teraz! rzekła miss Alicya, — ale w jakich warunkach powróci do Florydy i jakie niebezpieczeństwa mogą mu jeszcze grozić do końca tej wojny?
— Niebezpieczeństwa, Alicyo, — odpowiedział p. Stannard; uspokój się! Gilbert stawiał czoła gorszym podczas krążenia statków około brzegów Georgii, a zwłaszcza w sprawie Port-Royal’u. Mojem zdaniem, opór Florydczyków nie będzie ani straszny, ani długotrwały. Cóż oni mogą zrobić z tym St.